Jak przygotować dziecko na wizytę w szpitalu i procedury medyczne? Gość: Marcin Korczyk – Pan Tabletka

Wszyscy chcielibyśmy uniknąć procedur medycznych ze swoim dzieckiem w roli głównej – ale prędzej czy później na rodzicielskiej drodze stajemy przed wyzwaniami związanymi z leczeniem.
Od naklejania plastra, przez zabiegi nebulizacji i szczepienia, aż po losowe sytuacje, przez które lądujemy na SOR-ze: dobrze na takie momenty przygotować wcześniej zarówno siebie, jak i dziecko.

Co ze sobą zabrać na wizyty lekarskie? Jak z szacunkiem wobec dziecka zachować się podczas procedur medycznych? Dlaczego nie warto unikać tematu i zawczasu przygotować się na ewentualną wizytę w szpitalu?
Poniżej znajdziesz webinar, podczas którego Emka Kowalska wraz z Marcinem Korczykiem – Panem Tabletką – rozmawiają o oswajaniu z dzieckiem tematu szpitala i badań lekarskich.
Wspomniane w odcinku
Książka: Poznajemy szpital
Książka: Poznajemy nasze ciało.
Transkrypcja webinaru
Emka Kowalska: Dzień dobry. Witamy na webinarze Wydawnictwa SAM poświęconym temu, jak przygotowywać dzieci na wizytę w szpitalu, na procedury medyczne. Nazywam się Emka, a rozmawiać będę z Marcinem Korczykiem, znanym wam zapewne jako Pan Tabletka. Cześć, witam cię serdecznie.
Marcin Korczyk: Cześć, Emka. Jest też z nami jeszcze miś Czarny Nosek. Miś Czarny Nosek jeszcze nam się przyda. Miś Czarny Nosek jest przeziębiony, ma zapalenie płuc i dostał sterydy…
Emka: Sterydem po oczach.
Marcin: Ale zobacz, jest OK. Jest OK.
Emka: Cześć, misiu!
Marcin: Zaczekaj… Pomacha wam łapką.
Emka: Spotykamy się, ponieważ nakładem Wydawnictwa sam ukazała się fantastyczna książka – „Poznajemy szpital”. Co sobie pomyślałeś, kiedy pierwszy raz zobaczyłeś tę książkę? Jaka była twoja pierwsza myśl?
Marcin: Wiesz co, zawsze jak widzę książkę, która potencjalnie może mi się przydać, to zastanawiam się, dlaczego nie miałem jej wcześniej. Dlaczego nie przerobiłem takich tematów zawczasu z dziećmi? Bo później znacznie łatwiej jest rozmawiać. Znacznie łatwiej jest mówić językiem dziecka, wyjaśniać. No i też wiadomo, o czym mówić. Rodzice nie są wszechwiedzący.
Mnie się kiedyś wydawało, że ja wszystko wiem, jak ogarnąć. I póki to dziecko jeszcze nie mówi za bardzo, nie chodzi albo jest w brzuszku, to faktycznie jest tak, że większość rzeczy jakoś ogarniamy intuicyjnie. Szkoła rodzenia nas przygotowuje na ten pierwszy etap.
A później jest tak, że nagle się okazuje, że kiedy dziecko zaczyna wchodzić szczególnie w okres buntu dwulatka, samostanowienia, kiedy zaczyna postrzegać świat, pytać, zadawać pytania, kiedy musimy zrobić choćby tę nebulizację czy podać syropy, czy zmierzyć temperaturę… To rzeczy, które wydawały się oczywiste, bo dla dorosłych były oczywiste, nie są wcale oczywiste. I pobyt w szpitalu jest czymś takim.
Pobyt w szpitalu, wszystkie procedury medyczne – od podania syropu, zmierzenia temperatury, po badanie u lekarza, szczepienia, zmierzając do tych zabiegów i do samego pobytu, aklimatyzacji w szpitalu, co jest dokładnie wytłumaczone w tej książce.
Edukację o procedurach medycznych zacznij od siebie — spokój udzieli się dziecku
Emka: Właśnie, bo nasze dzieci, nawet jak są okazami zdrowia, choć nie oszukujmy się, te okazy zdrowia też chorują, bo to jest wpisane w dzieciństwo, z lekarzami, innymi pracownikami, pracowniczkami medycznymi będą mieć do czynienia od pierwszych dni życia, prawda?
I czy to już jest taki moment, kiedy my powinniśmy w świadomy sposób zacząć oswajać malucha z placówką medyczną, z lekarzem, lekarką, pielęgniarką, pielęgniarzem?
Marcin: Przygotowanie rodzica, mam wrażenie, jest ważniejsze niż przygotowanie samego dziecka w tym pierwszym okresie. Bo kiedy mamy maluszka, to wiadomo, że jesteśmy przygotowani, żeby go nakarmić, przewinąć, uspokoić, przytulić.
Taki maluszek często po tych zabiegach, które źle znosi, albo kiedy jest zdenerwowany, czy kiedy mu się zagląda do buzi, wystarczy go przytulić, zaplątać w chustę, mama nakarmi – czy tata nakarmi – i ten maluszek… Te emocje się rozchodzą.
Tylko faktycznie… Jedna rzecz, która jest wspólna od okresu niemowlęcego po dwu-, sześcio-, ośmiolatka – jest to, że rodzice… że dzieci chłoną emocje rodziców.
Mamy maluszki, które są jak gąbka, i bardzo ważne – i ja to widzę… Takim pierwszym momentem, kiedy to tak bardzo jasno zobaczyłem, to nie była taka stricte medyczna szpitalna sytuacja, ale kiedy odciągaliśmy smarki dziecku. Zaczynaliśmy oczywiście od takich odciągaczy do smarków, które są napędzane wdechem mamy. Więc macie taką rurkę, macie końcóweczkę i trzeba tego gluta zaciągnąć do tej końcówki.
Marcin: Z jakiegoś powodu one mają bardzo krótkie te wężyki. Ja generalnie nie polecam tych do ust, chociaż jak rodzicom to poczucie kontroli daje jakiś komfort, to OK. Te do odkurzacza czy te mocniejsze też są bezpieczne. Jak się dobrze robi, też dobrze działają. W każdym razie – jak odciągacie te smarki, to mina rodzica wygląda bardzo, bardzo źle z bardzo, bardzo bliska. Robisz taką straszną minę, bardzo groźną. I maluszek, który normalnie cię widzi uśmiechniętego tutaj, całego gugu-gaga, nagle widzi taką maskę rodzica, który jest skoncentrowany: po pierwsze, żeby trafić, po drugie, żeby się udało, i po trzecie – wiadomo, że to tam wszystko się rusza – trafić tym w mały nosek.
I wtedy poczułem, że muszę świadomie zapanować nad swoją mimiką, zrobić z tego formę zabawy, że może wystarczy, że nie zawsze trafiam w nosek, tylko co drugi raz.
Poza tym – jak dziecko już zaczyna rozumieć te rzeczy, to w pierwszej kolejności dobrze jest sobie kupić zestaw małego lekarza i wszystkie te sprzęty oswoić z dziećmi w taki sposób, żeby dziecko, które jest zdrowe, widziało, że mierzymy mu temperaturę, żeby dziecko widziało, że leczymy najpierw zabawki, że – przede wszystkim – największe autorytety w życiu tego malucha też sobie mierzą nawzajem temperaturę, też sobie robią inhalacje. Naklejki czy plasterki: fajnie, żeby były w domu na porządku dziennym.
Pokaż dziecku sprzęt medyczny – pierwsza tak szczegółowa książka o szpitalu
Oczywiście, że nikt nikomu nie życzy wizyty w szpitalu, wizyty u lekarzy częściej, niż to konieczne. Natomiast jeśli dzieci będą oswojone z tymi urządzeniami nie tylko w momencie największego dyskomfortu, kiedy są chore, tylko na co dzień, to znacznie łatwiej będzie pracować z nimi w sytuacji stresu, takiej niepewności.
Przygotuj się na wizyty: pytania do lekarza i dzienniki chorowania dziecka
Emka: Wiadomo, że kiedy choruje dziecko, to choruje cały system w domu, tak? Dziecko też jak źle się czuje, to samopoczucie też wpływa na jego gotowość do poddawania się najróżniejszym zabiegom, prawda? Jest nadwrażliwe, rozdrażnione. To może bardzo utrudniać sprawę. A ja sobie z kolei myślę, jak sobie przypominam takie bilanse, na które chodziłam z dziećmi, że ja zawsze byłam zestresowana samym faktem tego, co ja tam usłyszę.
Myślę, że dziecko takie emocje też wyczuwa, prawda? Czy nie spadło z wagi? Czy dobrze się rozwija? Czy w tej siatce centylowej wszystko jest OK? Nawet te takie wizyty, które nie wynikają z doraźnej potrzeby, bo coś się z dzieckiem dzieje, potrafią być bardzo stresujące dla rodzica. Ciebie też to denerwowało? To, co usłyszysz? Jak przyprowadzałeś takiego maluszka?
Marcin: Ja jestem człowiek checklista. I nie wiem, jak mają inni rodzice. Ja, będąc osobą z wykształceniem medycznym, też pracującą z chorymi ludźmi, z chorymi osobami… Fakt faktem, że w aptece ta praca jest inna. Natomiast do apteki przychodzą ludzie, którzy zawsze… Zwykle są chorzy, zwykle są zdenerwowani i jeszcze muszą zapłacić za lekarstwa, które muszą później przyjmować, a w które często nie do końca wierzą albo są nieprzekonani, albo muszą dopiero doczytać, albo łączą je z chorobą. Więc… Kwestia komunikacji i przekonywania jest bardzo ważna.

Ale wiesz, idąc z dzieckiem do lekarza, zawsze mam wrażenie, że po tych 15 minutach próbowania ogarnięcia malucha, czytania bajek, huśtania, przewijania na początku, później już, jak się idzie z takim dzieckiem, któremu nie trzeba chociaż pampersa zmieniać, jest znacznie łatwiej. Ale zawsze mi się wydaje, że dosłownie robi mi to galaretkę z mózgu. Jak wchodzę do gabinetu, nawet jak już znam tego lekarza po imieniu, po prostu, to mam taką tabula rasa. Więc ja wtedy wyciągam sobie checklistę i mam przygotowane pytania: o co zapytać?
Kompaktowa książka z okienkami umili Wam czekanie w kolejce do lekarza
To są takie pytania, które… Inspiracją do tego było to, że wiele osób, przychodząc do apteki, wielu rodziców nagle otwiera te zalecenia i nie wie, co to były za leki, jak je ze sobą łączyć, jak podawać. Nie mówiąc już o tym, że często doczytują w domu w ulotce na przykład, że lek, który zalecił lekarz, jest do podawania dzieciom, powiedzmy, czy tam dorosłym, albo od 12. roku życia, a dostało to dziecko cztero- czy sześcioletnie.
Wiadomo, w gabinecie lekarza zawsze jest za mało czasu. Przy okienku w aptece jest więcej, więc ja staram się tych ludzi otulić wiedzą. Ale sam widzę, że jeśli ktoś ma takie checklisty zrobione, o co zapytać, i notuje sobie na bieżąco, to jest później znacznie, znacznie łatwiej ogarnąć tego maluszka w domu. Z takim spokojem, nie?
A niekoniecznie to, że nagle o 18 wieczorem zostanę… O 18-20 widzimy zalecenia i nie wiemy, co zrobić. Więc warto się przygotować, zrobić wszystko, co się da, bo i tak prawdopodobnie będziecie zdenerwowani, tak jak mówisz, nie?
Emka: Czyli rada dla nas: mieć notes, na jednej stronie mieć wynotowane, przygotowane wcześniej na spokojnie pytania do lekarza…
Marcin: Tak, to, o co chcieliśmy zapytać.
Emka:…i od razu powiedzieć, że potrzebujemy czasu, żeby wykonać sobie notatki. Nie bać się, dopytać o wszystko.
Marcin: A ty masz takie poczucie, że wychodzisz od lekarza i masz tabula rasa? Czy po takich właśnie… Szczególnie jeśli jest to wyczekana wizyta albo coś takiego bardziej skomplikowanego – czy wszystko pamiętasz?
Emka: Wiesz co, nie pamiętam. I często mam też niedosyt. Mam poczucie braku czasu, ale też takie poczucie, że nie powinnam tam siedzieć za długo, bo czeka cała poczekalnia ludzi. I wiem, że tam są też zdenerwowane dzieci.
Myślę, że też wielu rodziców, zwłaszcza tych, którzy mają pakiety medyczne, nie ma tego komfortu, że dziecko za każdym razem trafia do tego samego specjalisty, prawda?
Z jednej strony nam to daje możliwość umówienia się na wizytę w miarę szybko, ale trafiamy do przypadkowych osób. Na pewno jest łatwiej, kiedy to jest stały lekarz, ale wydaje mi się, że te sytuacje są coraz rzadsze. Ale można mieć stałego farmaceutę i to już jest dużo łatwiejsze do zrealizowania.
Marcin: Można mieć.
To rozwiązuje szereg problemów, choćby takich, że ten ktoś wie, jakie leki stosuje dziecko, ile ono może ważyć i łatwiej jest mu wyłapać pewne rzeczy. Pewnie niedługo to będzie robić sztuczna inteligencja. Farmaceuci będą przekazywać te informacje, ale mam nadzieję, że ta technologia też nam wszystkim pomoże. Ja ciągle jednak wierzę w te notesy, że nawet… Właśnie – jeśli są różni lekarze, a masz notatki z różnych wizyt i masz to ponotowane…
Albo ja w ogóle lubię, zachęcam też rodziców u mnie na fanpage’u do tego, żeby prowadzili takie notesy chorowania i zdrowienia dziecka. Bo jak masz już dwójkę maluchów i one nagle zaczynają chorować w jednym czasie, i nałożą ci się trzy, cztery infekcje, to później sama nie wiesz, na czym stoisz. A tak masz czarno na białym, że przez dwa dni miał gorączkę, później miał katar, kaszel, humor doskonały. No ale coś tam się ciągnęło, ale już nie miał gorączki, nie miał innych objawów – czy biegunki, czy wymiotów, czegoś innego.
I wtedy jak mamy różnych lekarzy, to mamy konkretne informacje zanotowane. Łatwiej jest to ogarnąć. To przygotowanie jest bardzo ważne. Bardzo, bardzo ważne.
Emka: Przyznaję, że nie notowałam nigdy gorączek i objawów, ale notuję, któremu podałam który syrop i ile. Zwłaszcza nocą. I też mam taki system, że od razu wysyłam informację do męża, że na przykład Iwo o godzinie 23 dostał 7 mililitrów ibupromu, i kiedy w nocy z kolei drugiego rodzica wypycham z łóżka, to żeby on już wiedział I on wtedy wie, tak? Że to inny syrop, inne dziecko, żeby nie zdublować tej dawki. To z kolei polecam z własnego doświadczenia, żeby ta cała komunikacja szła na wszystkie dorosłe osoby w domu, które…
Marcin: … komunikacja później z nianią, czy z babcią… Pozwala to zaoszczędzić później dużo stresu i jednocześnie lepiej kontrolować to leczenie.
Kiedy coś się dzieje — zatroszcz się o dziecko i je „ojojaj”
Emka: No dobra, czyli zaczynamy generalnie od zabawy, kiedy dziecko jest zdrowe, od przygotowania malucha i od przygotowania siebie na to, co się będzie działo. Można się pewnie po część takich rzeczy, które się nam przydadzą w takiej edukacji, udać do ciebie, do apteki. Wyobrażam sobie, że sprzedajesz mnóstwo rzeczy, których dzieci nienawidzą.
To znaczy: strzykawki, patyczki do wymazów, gorzkie syropy. Ale też na pewno są tam takie magiczne przedmioty, na przykład plasterki, które sprawiają, że od razu wszystko przestaje boleć, albo nie wiem… Jakieś lizaki na ból gardła?
Marcin: Bardzo dobrze działają też różnego rodzaju kremy, które jak się posmaruje, to przestaje boleć. Bardzo fajnie też działają, akurat nie zabrałem ze sobą, kompresy ciepło-zimno, które macie w domu.
Emka: Żelowe, takie kolorowe?
Marcin: Takie niebieskie są, z granulkami. Najczęściej niebieskie, ale różne są kolory. Trzymacie zawsze w zamrażalniku, owijacie później chusteczką albo wkładacie w taką skarpetę i ta temperatura bardzo dużo potrafi zrobić. I po szczepieniu, i po urazie, i po skręceniu. I też coś się robi wokół dziecka, bo to „ojojanie” jest bardzo ważne. „Ojojanie” dziecka czy siebie nawzajem. To, że ojej! Trzeba faceta, jak jest przeziębiony, to wiadomo, ale generalnie to „ojojanie” jest ważne.
I procedury – troszkę magiczne – wprowadzają takie poczucie kontroli. Też myślę, że u rodziców również, a u dzieci… Dzieciaki czują się wtedy dobrze zaopiekowane. I cóż, warto po prostu z nimi rozmawiać i do nich mówić.
Wszystko będzie dobrze? Jak oswajać szpital
Ja zawsze jestem zaskoczony. Wiesz, jestem tatą już trzeci raz, tak na świeżo, i zawsze, zawsze jestem zaskoczony, chociaż nie powinienem, że te dzieci tak szybko, tak dużo rozumieją. I jest taka pokusa…
Ja szczególnie, jak coś robię, to się skupiam totalnie – na przewijaniu, na kąpieli, na pomiarze temperatury. Moja żona potrafi jednocześnie to robić i mówić do nich, i one dużo lepiej to wszystko znoszą. I mam wrażenie, że rozumieją. No później już wiadomo, że rozumieją. Ale ten taki okres, kiedy jeszcze dziecko się z nami nie kontaktuje…
Ono już strasznie dużo widzi i tak jak mówiłem – chłonie jak gąbka emocje rodzica. Więc wszystkie te zabiegi rodzicielskie, te zabiegi okołomedyczne przygotowane… Rodzic będzie w stanie zapanować nad emocjami, będzie wiedział, co się dzieje, co się może przydarzyć.
Jak przygotować dziecko do nebulizacji?
Emka: Z takich rzeczy, które są chyba najtrudniejsze dla wielu dzieci i rodziców, to są nebulizacje. Zwłaszcza maluchy często tego potrzebują, żeby im ulżyć w chorobie.
No, to trochę straszne jest. Pokazywałeś nam, że robisz nebulizację misia, ale masz kilka innych pomysłów jeszcze na to, jak złagodzić…
Marcin: Tak, to dla dziecka może brzmieć strasznie. Chociaż z drugiej strony znam maluchy, które chętnie by zasnęły przy takim burczeniu, gdyby to położyć w odległości od nich. I taka wibracja, i burczenie może bardzo pomóc.
Ja pracuję dużo z przyszłymi młodymi mamami, które kompletują sobie wyprawki apteczne. I dobrze jest mieć te urządzenia w domu. Termometr na pewno. Inhalator, jak już dziecko zaczyna chorować, to wtedy on będzie w domu, więc dobrze wybrać ten najlepszy. I teraz takim częstym problemem jest to, że ten sprzęt wjeżdża… Dziecko łapie infekcje. Pierwsza infekcja to zawsze olbrzymi stres i dziecko ma wtedy pierwszy kontakt na przykład z inhalatorem.
Nie mam tutaj wszystkich wężyków, ale wybaczcie, nie połapałbym się w tym, tylko te najbardziej burczące rzeczy do pokazania.
Emka: Niestety – wszyscy wiemy, jak to wygląda.
Marcin: No tak, takie stałe wyposażenie, stały mebel.
Jak się ma w domu żłobkowicza, przedszkolaka i te maluszki. I chodzi o to, że najgorsza sytuacja jest taka, że to wjeżdża do domu równo z infekcją. Dziecko chore, zestresowane, zmęczone, może jeszcze niewyspane, z katarem, i od razu się go przystawia. I próbuje niejako przymusić do tego, żeby te inhalacje się wydarzyły.
Dziecko, żeby inhalacje były skuteczne, musi oddychać torem przez usta. Naturalnie oddychają przez nos, więc starsze dzieci można przypilnować, żeby oddychały przez usta. Nawet jak puszczacie bajkę czy audiobooka. Bo ja wspominałem właśnie, że mamy…
U nas super sprawdza się system na – słuchajcie – słuchawki. Ten nebulizator… Te słuchawki lekko wyciszają to burczenie. Można też nebulizator – on zwykle ma długi wężyk – postawić gdzieś za drzwiami, postawić na jakiejś poduszce. Wtedy ta wibracja nie jest taka agresywna. A te wężyki od inhalatorów? Znalazłem. Wężyki od inhalatorów potrafią być, zobaczcie, bardzo, bardzo długie, więc nie ma przeszkód, żeby jedna końcówka była dosłownie za drzwiami w drugim pokoju, a wy macie tylko to, co lekko syczy i robi tę mgiełkę.
I teraz czarny scenariusz jest taki, że dziecko od razu ładujemy i próbujemy nebulizować. I ono prawdopodobnie dostanie… Zareaguje histerycznie, bo kto by nie zareagował, gdyby nagle chcieć mu coś takiego przystawić, zasłonić mu pół twarzy i jeszcze mu czymś chłodnym, mokrym dmuchać po buzi. Szczególnie jeśli dziecko reaguje czasami kaszlem na te inhalacje, więc w ogóle jest totalna masakra wtedy.
Więc ja polecam, żeby mieć te urządzenia w domu, żeby zawczasu, kiedy dziecko jest zdrowe, dziecko się z nimi opatrzyło. Wspominałaś o tych plasterkach.
Ja zawsze jak jestem w aptece, to nie kupuję maluchom tych słodyczy aptecznych, które są czymś koszmarnym, tylko… No tak, Psi Patrol pewnie przerabialiście. Jeśli nie, to kotki, króliczki…
Emka: Piłkarze. U nas teraz na topie.
Marcin: Też są takie z piłkarzami.
Wiadomo, różne rzeczy są na topie. Te bajki są mądrzejsze, głupsze. Nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby to działało i żeby jednak było w tym trochę sensu. Można tymi plasterkami – albo dowolnymi naklejkami z tego, co dziecko ogląda, czym się bawi – poobklejać to urządzenie i później rozmawiać o tym. Według mnie kluczowe jest to, żeby dziecko najpierw zobaczyło, że rodzice się tym inhalują, żeby było oswojone z samym tym burczeniem. Jeśli dziecko ma już swoje ulubione zabawki, to… Słuchajcie, to nie jest taki zwykły miś. To jest miś Czarny Nosek, którego moja córka dostała razem ze swoim bratem od babci, kiedy urodziło się nam trzecie dziecko.
Każdy ma swojego misia Czarnego Noska. Była taka bajka podobno kiedyś, dawno, dawno temu… Ja jej nie pamiętam, ale babcia pamięta. Więc słuchajcie – miś Czarny Nosek, kiedy jest chory, no to wtedy robimy mu inhalacje. Jeśli mierzymy mu temperaturę, to dziecko normalnie mierzy temperaturę.
Nie wiem, czy zauważyliście, ale jak macie maluszka, to mierzycie mu temperaturę w taki czy inny sposób, on będzie dążył, uciekał wzrokiem za termometrem. Ale kiedy jest już oswojony z tymi urządzeniami, oswojony do momentu znudzenia… A wiecie, że dzieciaki zabawkami nudzą się bardzo szybko, więc ta zabawa może potrwa chwilkę dosłownie, kilka dni, kilka razy, a później mama ma termometr.

Nie jest to warte uwagi, czy przykłada tutaj, czy tam, czy coś innego robi z nim. Ten termometr będzie czymś neutralnym. Podobnie z tymi burczącymi rzeczami. Jest wiele burczących rzeczy, które mogą być zabawką dla dziecka. Może jakiś duży miś, może coś, tak? Może duży miś może burczeć na przykład. Tutaj już kwestia wyobraźni rodzica i tego, jaki macie w domu model dziecka i na co reaguje.
Mam te słuchawki. Zapomniałbym o nich. My nazywamy to nebulizacją czy instalacją na pilota myśliwca. Bo piloci myśliwca, wiecie, tak wyglądają. Jeśli ktoś ostatnio oglądał „Top Gun”, to ma na świeżo to. Tak, u nas super działają audiobooki. My, przyznam, bajki traktujemy faktycznie bardziej pomocowo, w sytuacji kiedy już bardzo trzeba. Chociaż na przykład nasz syn w ogóle na bajki jest neutralny.
Emka: Mówisz o animowanych bajkach?
Marcin: Tak, o animowanych bajkach. Są też gorsze, lepsze bajki, więc warto te bajki mieć też przygotowane dobre zawczasu. Najgorzej chyba, jeśli odpalacie jakiś serwis streamingowy i co dwie minuty macie reklamę, która w ogóle dziecko wybija, więc fajnie jest mieć takie bajki.
Są fajne animacje dla dzieci, które spokojnie dziecko… Nie nakręcają tego dziecka tak bardzo, jak choćby ta bajka. No ale to już kwestia indywidualna dosyć i Waszej polityki. Wszystko jest dla ludzi, tak, tylko trzeba z tego dobrze korzystać. U nas super działają audiobooki.
Nam udało się przyzwyczaić maluszka. Ja też przyznam, jestem teraz na etapie, że przesłuchujemy po kolei moje powieści z dzieciństwa.
Jak przygotować dziecko do szczepień?
Rozmawiałem z córką niedawno. Byliśmy na szczepieniu i zapytałem: „Haniu, będę rozmawiał o tym, jak przyzwyczaić dziecko do wizyty w szpitalu, do szczepienia, i pójdziemy teraz na drugą dawkę tego”…
Bardzo była rozemocjonowana.
Mimo tego, że wiedziała, była dobrze przygotowana. Zawsze ją wtedy biorę na kolana, jakby ją przytulam. Tak, nie siedzi sama na krześle, że my jesteśmy wszyscy dorośli, z góry, tylko ja ją przytulam, przytrzymuję. Pierwsze słowa były: „No faktycznie nie bolało tak bardzo, tylko zakłuło”. Nie oszukujmy się, że nie będzie całkiem bolało.
Ale była zdziwiona, że to było tak bardzo niezauważalne szczepienie. Akurat faktycznie było bezbolesne praktycznie. Praktycznie robi różnicę, nie?
Ale akurat w porównaniu do innych było praktycznie bezbolesne. I teraz pytałem, co moglibyśmy zrobić, żeby jej było łatwiej, jak pojedziemy na kolejną dawkę? I ona aktualnie czyta „Opowieści z Narnii” i mówi: „Wyobraziłabym sobie, że na przykład jestem na spacerze i jadę na tamtym lwie Aslanie, i zaczepiła mi się w rękę gałązka w lesie. Nie? I to było coś podobnego”.
Ja myślę, że kurczę, wow! Nie? Następnym razem po prostu ją zapytam, jak jej pomóc, a nie będę próbował tak na siłę. No ale to jest proste szczepienie. Taka prosta rzecz. Na pewno znacznie trudniej ze szpitalem i znacznie trudniej jest ogarnąć te szpitalne rzeczy.
Stawiaj na edukację, zanim coś się wydarzy – ćwiczenie procedur podczas zabawy
Jeśli chodzi o nebulizację i o termometry, i o rzeczy, które robimy w domu, czyli na przykład o to odciąganie smarków, o te wszystkie rzeczy… Czy o naukę wydmuchiwania noska. Dobrze jest te wszystkie rzeczy robić, kiedy dziecko jest zdrowe, robić je zawczasu, robić je w atmosferze zabawy, żeby dziecko się z tym wszystkim oswoiło. Zresztą podobnie jest też z nocnikiem na przykład, nie?
Emka: To prawda.
Marcin: Jeśli macie ulubioną zabawkę, to ona też może być przeziębiona, może mieć rączkę złamaną, może mieć robione to piku, tak?
Emka: „Piku”?
Marcin: Które lekarz robi po to, żeby dziecko później mniej chorowało. To też warto wytłumaczyć dziecku, po co to wszystko jest. W taki sposób to dziecko jest w stanie zrozumieć.
Jak zaczniemy mówić o układzie immunologicznym, to mało który dorosły to rozumie. Możecie… Nie potrzebujecie w domu igły, chociaż jak kupicie strzykawkę, to pewnie też wam nie zaszkodzi…
Emka: To tylko bez igły.
Marcin: Bez igły, tak. Możecie po prostu robić piku długopisem. Piku długopisem jest odczuwalne na skórze.
Często różnie różne osoby odczuwają ból. Silne emocje, napięte ciałko będą ten ból nasilać, potęgować, ale sam moment ukłucia jest często newralgiczny i później już jest po wszystkim, bo to trwa dosłownie ułamki sekund.
Przynajmniej w kontekście tych iniekcji trochę się tego uczepiliśmy. Ale to najczęściej dotyka większość rodziców…
Emka: Strach ma wielkie oczy.
Marcin: …więc samo to przygotowanie. Później przyklejenie plasterka z tym króliczkiem, który dziecko sobie zawczasu wybierze – możecie od razu pójść do apteki albo wybrać sobie przez internet, zamówić te plasterki, żeby dziecko wiedziało już, miało ten plasterek w rączce, że sobie go przyklei później.
Więc to całe przygotowanie… Te plasterki mogą też oklejać wszystkie sprzęty medyczne, powodować, że one będą bardziej dzieciolubne.
Temu pudełku nie będzie przeszkadzało, jak będzie pomalowane i będzie wyglądało pstrokato.
Będzie działało tak samo. Byle nie zaklejać miejsca, gdzie jest filtr czy gdzie to zaciąga
powietrze, tak? Wiadomo. Więc wszystko to robimy zawczasu. Fajnie, żeby dziecko widziało, że rodzice robią sobie te inhalacje.
Z takich ciekawostek – często w tych nebulizatorach mamy duże i małe maseczki. I zasadniczo w większości przypadków chodzi o to, żeby przechodzić na inhalacje ustnikiem, więc osoby dorosłeraczej nie potrzebują robić inhalacji maską.
I te maski wtedy można wykorzystać właśnie bardziej instruktażowo. Czyli tata ma tę dużą maskę, a maluszek ma tę mniejszą maskę – i inhalujemy się razem. Inhalacje solą fizjologiczną, nawilżające, można robić też w formie zabawy.
To będzie jakaś zimna chmurka, zimna mgiełka, wiadomo – jednorożce, te sprawy. To już zależy, jaki macie model.
Emka: Czyli to nam nie zaszkodzi? Taka inhalacja co pewien czas samą solą…
Marcin: Solą fizjologiczną? Nie.
Można w ogóle naprawdę tu włączyć i naprawdę inhalować tego misia solą, będzie tylko wilgotny.
Jak przygotować dziecko do wizyty w szpitalu?
Można nawet dziecko przygotować do badania USG czy EEG. USG to jest to, że mamy głowicę, mamy ten żel, no i dziecko będzie pan czy pani doktor łaskotać, łaskotać po brzuszku czy w różnych miejscach. To można przecież zrobić w domu. Możecie zabrać chochelkę, jakąś zabawkę, możecie też badać misia, jakąś lalkę. Żel do USG można kupić w aptece za kilka złotych, zamówić sobie przez internet albo wykorzystać cokolwiek, co będzie śliskie i wilgotne. Jeśli chodzi o EEG, to mamy taki czepek z elektrodami. O widzisz, ja będę mówił, a ty pokazuj: to wszystko jest bardzo fajnie pokazane w książce „Poznajemy szpital”.
Emka: Ja powiem ci nawet – przepraszam, że ci przerwę – ale w którymś momencie na Instagramie wydawnictwa Anita udostępniła relację mamy, której dziecko bardzo dużo czasu spędziło w szpitalu. I te ilustracje z książki były jeden do jednego. Między innymi właśnie zdjęcie z EEG zestawione ze zdjęciami dziewczynki ze szpitala. Więc rzeczywiście te sceny, które tutaj w „Poznajemy szpital” mamy, to są dokładnie te sytuacje, na które dziecko być może w szpitalu trafi.
Marcin: Tak, ja mam poczucie, że przerobienie tej książki czy przerobienie książki „Poznajemy nasze ciało”, też super książka wydawnictwa, bardzo polecam. Ona już ma swoje miejsce na rynku, ale ta „Poznajemy szpital” jest nowa w Polsce.
Emka: I tu dzieci się bawią… I „Poznajemy nasze ciało” bardzo, bardzo fajne. Na okładce tej książki właśnie się przygotowują do tego, żeby pójść do lekarza.

Marcin: To jest bardzo fajne. To jest też bardzo naturalne, że dzieci są ciekawe ciała. Ja mam poczucie, że my w Polsce byliśmy wychowywani w kulturze, gdzie o ciele nie mówiło się dużo, ciało nie było normalizowane.
Tajemnice ludzkiego ciała: książka z okienkami dla dzieci
Sam pamiętam jakieś dziwne historie z dzieciństwa, że ciężko było rodzicom wprost – jakby nie byli kochani, a byli na szczęście – to ciężko było im wytłumaczyć te kwestie związane z ciałem. Po prostu. Czytając bajkę niejako jesteśmy bardziej przewodnikiem. Nie musimy mieć tej całej wiedzy. A najtrudniejszą rzeczą jest wytłumaczyć trudne rzeczy, skomplikowane – w prosty sposób.
Emka: Nawet nie nazwałabym tych książek bajkami, bo one są wręcz bardziej dokumentalne, tak bardzo pełne szczegółów i w zasadzie samych faktów medycznych, że nie tyle pokazujemy dziecku bajkę, co taką ubraną w przystępny język i zrozumiałe ilustracje – po prostu dokumentację medyczną niejako nawet.
Marcin: Jest bardzo wiernie odzwierciedlone wszystko to, czego rodzic w swojej klątwie wiedzy takiej, że on wie i dziecko… W sumie ciężko nam wymyślić, że czegoś nie wie. Jest wyjaśnione, jak jest zbudowany szpital, moment przyjęcia do szpitala. Zachwycił mnie tam rozdział, może znajdziesz…
Emka: O zabawie?
Marcin: Tak, czy można się bawić w szpitalu? Nam, rodzicom…
Cóż, wiadomo, że jest ten telewizor, w który można wrzucić dwa złote i oglądać. I czasami ktoś tego nadużywa. Ale dla dzieci ważne będą zupełnie inne rzeczy niż dla dorosłych. I ta książka w bardzo przystępny sposób to pokazuje. Czy można bajki oglądać? Czy można czytać książki? Czy będą inne dzieci? Czy się będzie można bawić? Jak będziemy tam jeść? Jak będziemy spać? Czy mama będzie ze mną na sali? Te wszystkie rzeczy.
Ja czuję, że mając taką książkę, będąc zdenerwowanym na przykład przed zabiegiem, choćby wycięcia migdałka, nie mówiąc o takich sprawach awaryjnych, że trzeba łuk brwiowy zszyć, czy rozciętą brodę, tylko o planowanych zabiegach, kiedy mamy czas na adaptację, to warto ten czas dobrze wykorzystać. Ta książka, przerobiona kilka razy, gdzie pacjentem będzie na przykład misiu Czarny Nosek albo ktoś inny jeszcze, będzie olbrzymią pomocą.
Mówimy tutaj o dzieciach, z którymi już możemy te bajki usiąść, obejrzeć. Bo z noworodkami, z niemowlakami, to wiadomo – dużo przytulania, dużo czułości, dużo bliskości, jedzenie pod ręką i suchy pampers.
Jak przygotować się na wakacje i potencjalne wizyty w placówkach medycznych?
Emka: Powiedziałeś o migdałkach. Terminy na migdałki są, jakie są. Jesteśmy w stanie nauczyć się tej książki na pamięć.
Ale jak ja ją z kolei zobaczyłam, to sobie pomyślałam, że jejku, to powinna być jedna z pierwszych książek, które mamy w domu i świadomie czytamy ją co pewien czas na wypadek jakiejś takiej nagłej sytuacji właśnie. I to może nawet nie tyle łuk brwiowy, bo zakładam, że to się pewnie odbywa na SOR-ze.
Wchodzimy i wychodzimy. Jeżeli nie, to mnie popraw. Ale ja mam takie doświadczenie dokładnie ze szpitalem, że wylądowałam w obcym mieście, nawet nie pamiętam jego nazwy, z duszącym się dzieckiem. Jechałam przez jakieś lasy, tylko żeby go tam dowieźć. I w ogóle wyobrażałam sobie, że przyjadę z nim na SOR, podadzą mu zastrzyk na duszność – czy mu zrobią inhalacje – i że my wrócimy.
Myśmy się wtedy zorientowali, że on ma alergię na brzozy. Miejsce się nazywało „Brzozowy zakątek” bądź „pagórek”, więc wyobrażasz sobie, co się działo… Na dodatek była Wielkanoc. I ja – poza swoimi porodami – nigdy w życiu nie byłam w szpitalu. Zupełnie nie wiedziałam, co mnie czeka i jak mam być przygotowana. Pamiętam taki stres, czy moje dziecko cokolwiek tam zje, bo on był jeszcze wtedy dość mały. Pytałam go ostatnio, czy on to w ogóle pamięta – i nie. Natomiast była to dla nas jedna wielka niewiadoma. Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, i pamiętam, że zaopiekowanie się dzieckiem, które też nagle zostało wyjęte z jakiejś sytuacji, zawiezione do szpitala, było dość trudne.
Gdybyśmy wcześniej mieli to wszystko przerobione, to nie tylko on by wiedział, czego się spodziewać, ale również rodzic by wiedział. Nie znam statystyk, ale myślę, że mnóstwo dzieci właśnie w ten sposób do szpitala trafia, prawda? Może godzinę wcześniej się tego nie spodziewamy.
Marcin: Ale zróbmy to może, bo to faktycznie jest ważne. Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy, jest taka, że nie wolno straszyć dziecka szpitalem, zabiegami medycznymi, lekarzem, już nie mówiąc o rzeczach, że ktoś go gdzieś zabierze, bo to się może wydarzyć w szpitalu, że ktoś to dziecko zabierze na badania i was tam ze sobą nie zabiorą. Więc przygotowanie… No i takie świadome unikanie słowa, że „nie ma się czego bać”.
Dzieciaki nie postrzegają tego w taki sposób, że się jest czego bać, jeśli my tego lęku w nich nie wlejemy w jakiś sposób. Ale to wymaga bardzo dużej samokontroli i świadomości rodzica. Bo tak jak mówisz, nie wyobrażam sobie rodziców, którzy… Jeśli ktoś nie pracuje w szpitalu i nie zna tamtych ludzi, jeszcze bywa w innym miejscu, w innej miejscowości z dzieckiem, które… Nie wiesz, co się zaraz wydarzy… To jesteś kłębkiem nerwów, tak? I nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.
Tak że dobrze wtedy świadomie to dziecko już nawet w drodze przygotowywać. Czyli pierwsza rzecz to przygotować sobie grunt – tak żeby nie zaszkodzić, czyli żeby dziecko było nastawione korzystnie do lekarzy, do tych wszystkich zabiegów. Jeśli będzie miało dobre przejścia z tymi nebulizacjami, z pomiarem temperatury, z tym wszystkim w domu już, o co my możemy zadbać wcześniej u większości dzieci prawdopodobnie przed szpitalem, to te same zabiegi w szpitalu będą już normalne.
Wyobrażam sobie sytuację, że faktycznie jesteśmy na wakacjach. Nam też się przydarzyła sytuacja z dusznością, podgłośniowym zapaleniem krtani, akurat na wakacjach i to jeszcze za granicą.
I tutaj taka rada: ja wybieram zawsze na wakacje zagraniczne, szczególnie jakieś różne wyspy, miejsca, gdzie jest wyspa ze szpitalem albo całodobową opieką, taką, która działa wtedy, kiedy tam jesteśmy. To sobie warto sprawdzić. Ja wtedy lepiej odpoczywam. Zwykle z tego nie korzystam, ale jak już jest – raz nam się przydarzyło – to jedziemy i jest ogarnięte. Pakuję zawsze do…
Emka: Ja od tamtej pory zawsze sprawdzam, ile mam na najbliższy oddział…
Marcin: Tak…żeby już wiedzieć, gdzie jechać, nie tracić czasu na telefony. Albo jak się wysyła dziecko do dziadków, to też dobrze im sprawdzić zawczasu, żeby wiedzieli, czy tam jest jakiś lekarz, czy może lekarz dojechać, czy oni muszą dojechać… Żeby też to zaplanować.
No i żeby też dziadkowie… albo jak dziecko jedzie gdzieś z kimś innym, czy z partnerem, czy partnerką, miało dokumentację medyczną, dowód, EKUZ i te inne rzeczy.
Jechaliśmy tam w nocy. Zapakowałemjedzenie, wodę, dwie czy trzy książeczki i słuchawki, bo te słuchawki – one się super sprawdzają.
Jeśli pojedziecie na SOR, to na SOR-ze, jeśli dziecko nie ma stanu zagrożenia życia, co tam w pokoju triażowym ocenią, to na SOR-ze pierwszeństwo mają ludzie z wypadków.
Jeśli mieliście pecha i był wypadek samochodowy na autostradzie, to będziecie tam czekać cztery, pięć godzin nawet. Dziecko będzie wam spało, więc warto sobie zabrać rzeczy właśnie – do jedzenia, do picia, ciepły kocyk… I to wam załatwi już bardzo dużo, bo dziecko będzie zaopiekowane.
Pierwsza pomoc dla dzieci – ta książka pomoże Ci o niej opowiedzieć
Emka: Ja myślę, że to też jest taka lista, którą warto mieć na przykład na zawsze zapisaną w telefonie, zrobioną na zimno, kiedy nie ma w nas emocji, że w razie takiej sytuacji powinnam mieć, powinienem mieć ze sobą to, to, to i to, tak?
Marcin: Tak. Bo najłatwiej byłoby złapać dziecko, wsiąść do taksówki, pojechać. I później nagle się okazuje, że nie masz jeszcze drobnych, a tam masz automat na drobne.
Teraz już w większości można płacić zbliżeniowo, więc to nie jest aż taki problem, ale warto mieć te rzeczy pod ręką przygotowane. Czy choćby pampersy, jak macie maluszka, który jeszcze jest z pampersami – żebyście się nie denerwowali takimi rzeczami. Wiem, że w polskiej służbie zdrowia jest cała masa fantastycznych lekarzy. Ale kwestia organizacji w takich placówkach…
One są automatycznie przeciążone po prostu. Albo jesteś bardzo zmęczony, więc niekoniecznie… Jak nie wylądujecie w świetnym szpitalu, który ma całodobową opiekę pediatryczną, to wasze dziecko będzie w nieprzyjaznym dla niego miejscu. Będzie tam zimno, buro, ponuro, twardo, sterylnie. Będą zmęczeni ludzie, zestresowani. Więc warto to wszystko ogarnąć. I teraz w drodze, jak będziecie mieć ten czas, warto dziecko przygotować do rzeczy, które się mogą wydarzyć. Jak wcześniej na to nie było okazji, to jest to też dobry moment, żeby w formie bajki czy w formie właśnie rozmowy o kimś trzecim opowiedzieć, że…
U nas się sprawdza coś takiego, że mamy jakieś takie nasze postacie bajkowe i do usypiania dzieci przerabiam z nimi dzień, który one przeżyły. Ja wtedy w tę bajkę wplatam, wykorzystuję tych naszych bohaterów i przerabiam z nimi przed spaniem ich dzień. Z dwulatkiem bardziej, chociaż ośmiolatka bardzo też tego chętnie słucha. I słuchajcie, ja to robię codziennie.
Traktujemy bohaterki bajek poważnie: poznajcie Prawdziwe księżniczki
Mam wrażenie, że to bardzo fajnie pozwala im ten dzień sobie tak skonsolidować. Oni jeszcze raz te emocje przeżywają, wyciszają się i zasypiają =spokojnie. Więc jak macie takiego bohatera, to warto wykorzystać tego bohatera, że jemu stało się to, co stało się dziecku. I opowiadacie po kolei, co się będzie działo, i później, jak jesteście w gabinecie lekarza, to może tam być bardzo różnie. Jeśli będzie lekarz, który… Załóżmy, że macie kogoś, kto mówi po polsku, często na opiece całodobowej nie ma Polaków albo są osoby, które mówią łamanym polskim. Za granicą w ogóle – wiadomo, że jest inaczej.
I teraz ta osoba może być miła, może być niemiła, może być uśmiechnięta, nieuśmiechnięta. Może rozumieć swój profesjonalizm tylko jako to, że zrobi coś szybko. Może nie mieć tolerancji na dzieci. No i wtedy rodzic powinien przejąć inicjatywę i być takim przewodnikiem.
Nie będziecie dobrym przewodnikiem, nie mając tej wiedzy, co będzie robione, nie wiedząc, jakie zabiegi się wykonuje w szpitalu. I tutaj znowu – przygotowanie się z tej książki wcześniej. To jest taka kolejna książeczka, która jest bardziej dla rodziców trochę nawet niż dla dzieci. Wkłada w usta rodziców to, co powinni powiedzieć, w takiej kolejności, jak powinni to zrobić. Więc to jest taka robota do zrobienia wcześniej.
Emka: Myślę, że też bardzo się sprawdzi na oddziale, kiedy dziecko zadaje dużo pytań, a my – nie wiem – jesteśmy w izolatce albo nie możemy gdzieś tam wędrować… Bierzesz tę książeczkę i pokazujesz, opowiadasz.
Marcin: …pokazujesz, jednocześnie mówisz i jeszcze robisz to na misiu. Z każdej strony próbujesz dotrzeć do dziecka. Tutaj na przykład są też strony, które są poświęcone temu, co się dzieje w szpitalu poza procedurami medycznymi, to znaczy kto gotuje jedzenie, które dostajemy, gdzie jest prana ta pościel.
Jest tutaj dużo takich wątków, które mogą trochę odciągnąć myśli i bardziej oswoić ten wielki gmach, w którym się z dzieckiem znajdujemy.
Marcin: A pokaż… Tam jest miejsce, gdzie jest operacja. Operacja czy zabieg.
Emka: Jedna z najpiękniejszych rozkładówek.
Marcin: Tak, jest taka duża, oczywiście z okienkami.

Kiedy dziecko będzie miało usuwany trzeci migdałek, to wtedy też wejdzie w taką salę, usiądzie na tym zimnym fotelu. Będzie miało jakieś formy znieczulenia… Warto to wszystko pokazać, opowiedzieć, przygotować maluszka. I później, rozmawiając z dzieckiem, nie mówicie nawet o nim, tylko próbujecie mówić, że misiu też miał to piku – misiu czy tam laleczka, czy samochód, tak? Bo to równie dobrze może być, wiadomo, koparka czy tam coś innego, cokolwiek, co do dziecka w danym momencie trafia. No i rodzic, jeśli będzie spokojny… Mam znajomych, którzy zajmują się przyjmowaniem dzieci w takich nagłych sytuacjach.
Twierdzą, że jeśli rodzic jest spokojny, to dziecko w ogóle zupełnie inaczej reaguje. I to jest duża praca. Duże wyzwanie. Nie zawsze mamy na to zasoby, żeby być spokojnymi. Jest trochę taki teatrzyk. Trzeba robić dobrą minę do złej gry.
Emka: Wziąć się w garść.
Marcin: My odreagowujemy to później, wiadomo, nie? Ale… Ale dobrze jest mieć świadomość, że nasze podejście jest kluczowe tutaj.
Jak postępować, kiedy leczenie wymaga naruszenia granic dziecka?
Emka: Myślę, że czasami też musimy wejść w rolę obrońców naszych dzieci, to znaczy wynegocjować im kolejne pięć minut na przygotowanie na przykład do czegoś, prawda?
Marcin: Tak, masz rację. To jest też bardzo ważne, jeśli dziecko wpadnie w histerię…
Emka: …poprosić, żeby ta igła na chwilę zniknęła, a my spróbujemy porozmawiać i je uspokoić. Co też nie jest łatwe, bo mamy dużo szacunku.
Marcin: Tak jak mówiłaś, zawsze się wydaje, że tam jest taka wielka kolejka, która też czeka te 4 godziny, czy tam pół godziny, czy godzinę. I tamte dzieci są jeszcze bardziej chore, jeszcze bardziej potrzebujące.
Ale tutaj trzeba podejść do tego uważnie. Jeśli już ktoś was przyjmuje, no to docisnąć tę wizytę jak cytrynkę. I faktycznie te przerwy… Dużo się o tym mówi, że część dzieciaków potrzebuje po prostu przerwy na to, żeby z nimi porozmawiać, uspokoić, wyjaśnić, przytulić, spróbować jeszcze raz. Spróbować może z innej strony, może ten audiobook, może ta bajka wtedy pomoże.
Nie ma co się bać takich rzeczy, które mogą pomóc. Zdrowy rozsądek ponad wszystko, przede wszystkim. Zdrowy rozsądek, zdrowy rozsądek, ale też niełatwo o zdrowy rozsądek, kiedy człowiek jest tak bardzo zestresowany.
Emka: Ja też sobie myślę, że to jest taki moment, w którym jest… Trudne jest dla nas to, że wiemy, że dziecko musi wziąć lek, że musi dostać ten zastrzyk, że być może trzeba je przytrzymać do jakiegoś zabiegu. Jeżeli jesteśmy rodzicami, którzy na co dzień starają się uszanować granice dzieci, a takich coraz więcej, i takimi na pewno jesteśmy my oboje, to w którymś momencie wiemy, że musimy zrezygnować z pewnych swoich przekonań i na przykład podać lek na siłę, prawda? Ponieważ konsekwencje niewzięcia tego leku będą gorsze.
Opowiadałeś o córce, która się boi szczepień. Ja pamiętam jedno szczepienie mojego dziecka, kiedy trzymałam go ja i jeszcze dwie pielęgniarki. I on krzyczał, krzyczał później na mnie całą drogę do domu, a to było pod Warszawą, że on bardzo tego nie chciał.
Książka o szanowaniu granic dziecka. Poznaj świat z perspektywy malucha
Jestem przekonana, że nawet nie zauważył momentu, w którym igła dotknęła jego skóry, tylko po prostu był tak nakręcony i tak zestresowany, i tak bardzo wtedy dla niego to było nie do przeskoczenia, że nie było innej możliwości.
A jednak wiemy, że w tym momencie jest to ważniejsze, że chyba moment na to, kiedy przegadamy, dlaczego to zrobiliśmy na siłę, mimo sprzeciwu, dopiero nadejdzie. Ale w tej sytuacji musimy reagować. Czy ty ze swoimi dziećmi miewałeś takie sytuacje, że musiałeś coś zrobić na siłę albo pozwolić komuś?
Marcin: Tak, zdarzało się nam. Ja to robię w taki sposób: staram się, tak jak mówisz… Jak przygotujesz te rzeczy wcześniej, to jest znacznie, znacznie łatwiej. Jak masz dwulatka, to umówmy się – mało rzeczy trzeba zrobić. Albo sprytem, albo rano.
Generalnie sprawdzam, czy dziecko jest najedzone i czy nie powinno mieć drzemki. I umawiam wizyty w godzinach – to czasami jest problematyczne – kiedy dziecko wiem, że jest już zwykle najedzone, wiem, że ma jeszcze siły rano, i wiem, że nie powinno mieć drzemki, no bo wtedy to, słuchajcie, pójście na siku jest problemem i wszystko. Więc ten moment przygotowania, zaplanowania jest bardzo ważny. Moment adaptacji, myślę, w ogóle w szpitalu będzie też takim ważnym momentem.

Czasami może jest szansa, żeby pojawić się w tym szpitalu dzień wcześniej. Albo przyjechać na miejsce dzień wcześniej, pokazać dziecku, oprowadzić i dopiero później się zaaklimatyzować. No i teraz tak… Jeśli musimy zrobić coś, naruszając granice dziecka… Po prostu szczerość jest bardzo ważna. Szczerość. Mówiliśmy chyba o tym, że nie oszukujemy dzieci, więc jak wiemy, że coś będzie bolało, to ja mówię: „Słuchaj, Bruno, będzie bolało, zaboli, będzie piku”. Staram się mówić o tym już kilka dni wcześniej, żeby dziecko z tym oswoić.
Mamy tego misia, któremu możemy zrobić piku, i on też będzie miał piku, i też będzie przyzwyczajony do kogoś. Można tę scenkę w ogóle odegrać w domu, że ktoś… Że dziecko jest na kolanach, że macie tego misia jeszcze. I najpierw misiu ma piku, a później dziecko ma piku.
Ten moment kontaktu i tego, że ktoś coś robi wokół dziecka… Tak jak mówiłaś – cała ta otoczka często jakby te emocje wzbudza i te emocje są jak najbardziej normalne. Więc ja po prostu mówię: „Słuchaj, będzie bolało”.
Albo: „Bruno, ten syrop…” – i nie zakładam z góry, że syropy są dla dzieci niesmaczne.
Co robić, kiedy nie można podać dziecku leku?
Cała masa antybiotyków, różnych takich produktów, czy to wykrztuśne syropy – też są okropne. Dla mnie są nie do przełknięcia.
A ja zawsze jeszcze sprawdzam smak, to zboczenie zawodowe, i kombinuję, z czym go zmieszać, żeby było smaczniejsze, bo wiele rzeczy można zmieszać z różnymi innymi produktami, które dziecko lubi.
To nie odbywa się z korzyścią dla działania leku, dla skuteczności, ale z pożytkiem dla terapii, bo dziecku jestem w stanie podać antybiotyk, mieszając go nawet z tak niedobrymi rzeczami, niezdrowymi rzeczami jak – wiecie – Monte, Danio czy inne tego typu produkty. Mus jabłkowy bardzo fajnie kamufluje wiele różnych smaków.
Emka: A nie zawiera tyle kwasów pewnie co cytrusy, w związku z tym jest bezpieczniejszy. Z cytrusami nie powinniśmy mieszać, prawda?
Marcin: Z cytrusami jest różnie. Mus jabłkowy – dzieciaki często lubią, on jest taki gęsty, soczysty, zawiesisty i z większością rzeczy można go podać, ale to też kwestia sprawdzenia.
Czasami łatwiej rozkruszyć nawet tabletkę, zawiesić w odpowiedniej dawce, zawiesić ją w tym musie i maluszek sobie spokojnie zje. Nawet nie mówić, że dostało lekarstwo.
W każdym razie mówiliśmy o naruszaniu granic dziecka, więc – przygotowanie, żeby dziecko miało maksymalnie dużo zasobów do tego, żeby znieść to wszystko i później wrócić do formy. I ja po prostu wprost mówię, że jak już wiem, że dziecko tego syropu nie lubi…
Albo będziemy robić coś, czego nie lubi… „Słuchaj, Bruno, musimy to zrobić, bo potrzebujemy, żebyś wyzdrowiał, żebyś wyzdrowiał, żebyśmy mogli pójść na basen, pójść na zabawę, pójść na plac zabaw, pojechać do babci. Nie będzie to dla ciebie smaczne, nie będzie ci się podobało. Musimy to po prostu zrobić. Z góry cię przepraszam za to, że po prostu – robimy coś wbrew twojej woli”.
I później, kiedy to dziecko już po zabiegu odreagowuje, to ono przynajmniej nie czuje się oszukane. Nie czuje się oszukane.
To jest też tak, że kiedy dziecko wpada w histerię… Histeria jest złym przykładem, bo coś jest nieprzyjemne, wyrywa się, będzie płakało, będzie krzyczało… To wiadomo, że każdy z nas…
Każdy z nas czuje się wtedy bardzo złym rodzicem, bardzo złym rodzicem. I chcielibyśmy najchętniej uciec stamtąd, zabrać stamtąd dziecko. Ja tak przynajmniej mam.
Ale to jest też tak, że warto rozdzielić – dziecko pokazuje, że jest mu niewygodnie, jest mu niekomfortowo, że robimy coś wbrew woli. Natomiast to nie ma w danym momencie związku z tym, jakimi jesteśmy rodzicami. I to może wam pomóc zachować trochę takiego dystansu.
I ja od razu później przegaduję z Brunem: „Bruno, widzę, że ci się to nie podobało, że to nie było smaczne, że to nie było OK. Przepraszam cię za to. Cóż, robimy to po to, żebyś szybciej wrócił do zdrowia”.
I rozmawiacie z dziećmi. Pozwalacie im te emocje wyrazić, te krzyki, te płaczki wszystkie. Żeby to się wylało.
Emka: Jest taka pokusa, żeby tego nie robić, żeby powiedzieć w ostatniej chwili. Żeby właśnie nie musieć tego przyjmować na klatę. Ale od tego jesteśmy dorosłymi rodzicami,żeby te dwa dni poświęcić na dziecięce emocje.
Marcin: Zakładając, że wszyscy wyszliśmy mniej więcej z podobnego systemu, to jest też pokusa, żeby dziecku nie powiedzieć, żeby powiedzieć na ostatnią chwilę, żeby później mówić: „przecież to był tylko zastrzyk, nic się nie stało”, tak? I jeszcze straszyć dziecko wcześniej tym, że ktoś go zabierze albo pójdzie. Więc tak naprawdę strasznie dużo jest rzeczy do przerobienia w głowie rodzica. Nie jest łatwo być rodzicem.
Umówmy się, że mało jest rzeczy tak wymagających jak zniesienie odpowiedzialności za te maluchy. Rodzicem to jeszcze pół biedy. Najgorzej to być mamą. Mamy mają w Polsce strasznie, strasznie ciężko, bo wiadomo, że jak dziecko jest chore, to jest zwykle wina mamy, tak? Z jakiegoś powodu się utarło takie… Strasznie paskudne, strasznie szkodliwe.
Emka: I odpowiedzialność też, żeby się nim zaopiekować.
Marcin: No strasznie ciężko. Duża odpowiedzialność. Pomijając sam fakt ciąży, opieki nad maluszkiem i tym, że przez pierwsze miesiące po prostu dziecko jest mamy jakby, tak? I partner może pomóc bardziej, może pomóc właśnie mamie bardziej nawet niż dziecku. No ale to też temat na inną rozmowę. W każdym razie dużo jest do zrobienia.
Idealny zestaw prezentowy, który przybliży medyczny świat
Ja się cieszę, że książki takie jak „Poznajemy szpital”, jak „Poznajemy nasze ciało” powstają. Ja zawsze mam takie poczucie po przeczytaniu tych książek pierwszy, drugi, trzeci raz, że one najpierw pomagają mi, a później dopiero pomogą dziecku.
A nawet jak nie pomogą, bo w sumie nie życzymy sobie tego, żeby dziecko wylądowało szpitalu, to macie kolejny taki bezpiecznik w głowie zrobiony, że wiecie, jak to ogarnąć, jak ta komunikacja powinna przebiegać. Jesteście przygotowani.
Emka: Wiesz, ja bardzo często powtarzam, że się w życiu tyle nie nauczyłam, ile się uczę teraz z książek dla dzieci, jak mam mamę. I nie wiem, czy to dlatego, że teraz te książki dla dzieci są lepsze…
Marcin: Są strasznie fajne, tak!
Emka:…czy po prostu tak rzeczywiście jest, że trochę już innym umysłem patrzymy na te treści. A ja bym ci chciała zadać jeszcze przewrotne pytanie. Bo mówisz, żeby nie straszyć szpitalem. I zadaję to pytanie, ponieważ moja przyjaciółka była ostatnio w takiej sytuacji, że dziecko za żadne skarby nie chciało przyjąć antybiotyku. I rzeczywiście sytuacja była taka, że gdyby on tego syropu nie wziął, to groziła mu wizyta w szpitalu.
W tym momencie powiedzenie dziecku, że czeka cię szpital… No może z jednej strony trochę straszeniem jest, ale jest też graniem fair i powiedzeniem prawdy. Czy ty byś w takiej sytuacji jednak pomijał tę kwestię szpitala cały czas i próbował innych sposobów? Czy w którymś momencie byś też ten przekaz rozszerzył o to, że być może będziemy musieli pójść na oddział i podać antybiotyk w zastrzyku, w kroplówce, jeżeli nie uda się tego przełknąć?
Marcin: Może najpierw taki tip dla rodziców jeszcze, że jeśli wasze dziecko nie chce tego leku przyjąć – czy to na gorączkę, czy antybiotyku – i jeśli dziecko nie chce się inhalować, to realnie nie jest leczone, więc wtedy warto wrócić do lekarza z informacją. Często wtedy wystarczy teleporada: co zrobić, jeśli nie możecie leku podać, jakie są inne ścieżki?
Ja jestem zdania, że warto dziecku mówić o realnych konsekwencjach tego… O realnych konsekwencjach. Bez emocji. Jakie są inne ścieżki, jakie są inne perspektywy: „Słuchaj, nie musisz jeść tego, ale wtedy musimy się spakować, pojechać do szpitala. Ten lek będzie podany w iniekcjach, będzie podany w iniekcji”.
Ja uważam akurat, że to jest w porządku. Czasami u dzieci sprawdzają się różne półprawdy, czyli niekoniecznie wchodzimy w szczegóły, bo te szczegóły już bywają torturą. Jeśli dziecko to będzie rozumiało, mówimy z grubsza, jakie są opcje. Ja tutaj jestem szczery, szczery do bólu.
To jest trochę podobna granica jak z… Jak z karaniem a mówieniem o konsekwencjach. Fakt faktem, że dopiero chyba trzylatki są w stanie te konsekwencje i fakty połączyć, więc próba podejścia takiego do dwulatka jest czymś niewłaściwym, bo to po prostu jeszcze się nie może wydarzyć.
Wspierająca seria dla dzieci 2+ Dlaczego? Kiedy? Jak?
Ale uczenie dzieci samodzielności, wyciągania wniosków i później nauka tego, że jeśli czegoś nie zrobimy, to są inne rzeczy, przeprowadzona w taki sposób… Ja myślę, że rodzic wie, kiedy straszy, a kiedy mówi o konsekwencjach. Po prostu. A jeśli nie wie, no to jest to kwestią wyczucia. Można zapytać partnera, partnerki, kogoś jeszcze o pomoc: jak to przekazać, jak opowiedzieć?
Szczególnie jeśli wiecie, że szykują się jakieś duże zabiegi, coś poważnego. No to rozważałbym tutaj nawet rozmowę z psychoterapeutą czy z psychologiem dziecięcym, bardziej z psychologiem dziecięcym. Jak przygotować – w kontekście waszego dziecka, bo też wiadomo – dzieci są bardzo różne. Dzieci są bardzo różne i różnie reagują.
Każdy rodzic tak naprawdę wie, co się u niego sprawdza najlepiej w kontekście jego relacji z maluszkiem i co na tego maluszka będzie działać.
Emka: Piękna puenta. Bardzo polecamy książkę „Poznajemy szpital”, choć zaznaczamy również, że szpital tutaj pokazany jest na tyle przyjazny, że dzieci mogą pomyśleć, że w szpitalu jest fajnie. I oby jak najdłużej żyły w takim przekonaniu. To przecież nie jest tak, że tam trafią tylko dlatego, że będą chciały to obejrzeć.
Ale w momencie, w którym rzeczywiście wizyta w szpitalu was czeka, na pewno będzie lepiej, kiedy dziecko będzie miało w głowie zbudowany pozytywny obraz tej placówki. Ja sobie myślę, że to jest też książka dla tych wszystkich dzieci, które w tej chwili marzą o tym, żeby być lekarzem, lekarką albo pielęgniarką.

Marcin: Totalnie!
Emka: Na pewno się sprawdzi. Ja myślę, że każde dziecko ma taki etap w swoim życiu, choćby przez chwileczkę. Czy twoje dzieci miały takie marzenia?
Marcin: Czy zawsze chciałem być Panem Tabletką, tak? Nie! Nie. Chciałem być ziołowym farmaceutą, bardzo długo ziołowym farmaceutą. I to mi się udaje, bo Pan Tabletka z jednej strony opowiada o tym, jak…
Emka: Blisko upadłeś od tej jabłoni!
Marcin: A z drugiej strony Pan Tabletka to są syropy z cebuli, olej z czarnuszki, rubinowe miodki, gałganki Aliny, czosnek. Dieta taka witaminowa, więc… Więc to wszystko… To wszystko robię.
Na pewno nie zaszkodzi dziecku, jeśli pozna pracę w szpitalu w takim okresie, kiedy mu się kształtują te różne fantazje, plany, pomysły. No i oczywiście warto kupić mu – czy sprezentować – zestaw małego lekarza czy małego weterynarza. U nas nawet zestaw małego weterynarza był lepszy swego czasu.
Emka: A czym się różni zestaw małego weterynarza? Tylko nazwą?
Marcin: Na plasterkach jest łapka zamiast serduszka. I tak naprawdę tylko tym. Łapka albo jakiś pazurek, albo jakiś zwierzaczek namalowany. Więc ten anturaż jest bardziej taki psio-koci, ale to wszystko będzie służyło. Chociaż ja zachęcam do tego, żeby mieć jakieś takie sprzęty, które będziecie później używać przy dziecku, i bawić się nimi. Wiadomo, że macie termometr za kilkaset złotych – to bywa różnie, ale może można kupić taki za 20-30 złotych i też używać, i będzie wszystko dobrze.
Emka: No i taką maszynkę do odciągania też na pewno można kupić za kilka czy kilkanaście złotych. Dziecko może mieć swoją do zabawy lalkami, więc myślę, że jak będziecie już się zaopatrywać w ten zestaw małego lekarza, małej lekarki, to obowiązkowo w zestawie z książką „Poznajemy szpital”.
Marcin:Porozmawiamy z Wydawnictwem SAM, czy mogą to zrobić. A jak nie, to sobie poradzicie. To byłby bardzo fajny zestaw. Bardzo fajny zestaw dla rodziców. „Poznajemy nasze ciało”, „Poznajemy szpital” – i od razu w pakiecie, wiesz…
Poradzicie sobie, poradzicie sobie.
Emka: Bardzo ci dziękuję za rozmowę. Dziękujemy, że byliście z nami.
Marcin: Dzięki! Trzymajcie się. Wszystkiego dobrego i oby to się wam nie przydało. Ale jestem przekonany, że ta wiedza da wam spokój i będzie taką waszą… Wiecie – apteczką na wszelki wypadek. Wszystkiego dobrego!
Gość: Marcin Korczyk
Prowadząca: Emka Kowalska
Montaż: Kamil Dudziński
Transkrypcja: Aleksandra Szymczak
Korekta: Małgorzata Piotrowicz.


